Piotr Bemben tatuował w Gdańsku

Piotr Bemben tatuował w Gdańsku a dokładnie w studiu tatuażu Sztorm. Przy tej okazji nagraliśmy go podczas tatuowania a poniżej, jako bonus, wywiad.

PIOTR BEMBEN

Gdy pasja staje się pracą

Wiele osób przychodzi do naszego studia Kult Tattoo marząc o zostaniu tatuatorem, ale ich portfolio świeci pustkami. Gdy on sklejał swoje, miał problem, jakie prace umieścić, co wybrać spośród kartonów pełnych obrazów, szkiców, rysunków i rzeźb. Jak sam mówi – robienie trzech projektów tygodniowo to za mało, nie ma drogi na skróty. Jeśli ktoś chce być dobrym tatuatorem, inaczej do tego nie dojdzie. Pokora, zaangażowanie i praca nad sobą to według niego najważniejsze aspekty, które decydują o sukcesie. Bemben ma ich już trochę na koncie, ale największym jest zapewne uznanie klientów, którzy często na termin do niego czekają nawet rok. 

Heniek

Zacznijmy od powrotu w Twoje rodzinne strony. Nie obraź się, ale Nowa Sarzyna to chyba taka przysłowiowa „dziura zabita dechami”. Ilu liczy mieszkańców?

Trochę tak jest. Zamieszkuje ją jakieś 6300 osób. Ludzie nie za bardzo mają tam co robić, o pracę trudno, mamy same małe sklepy, ale za to jest sporo boisk i basen, do którego gmina dopłaca co miesiąc ciężkie pieniądze. Sarzyna ma też jednak drugie, o wiele ciekawsze oblicze. Miasteczko otoczone jest lasami, łąkami, rzekami. Jest tam wiele pięknych miejsc.

No i co robił tam Piotr Bemben?

Wiesz, całe swoje życie wiedziałem, że swój przyszły zawód oprę na umiejętnościach plastycznych. Rysowałem przez cały czas! Kiedyś miałem nawet z tego powodu rozmowę ze szkolnym psychologiem. Pani zaczęła interpretować moje rysunki i była pełna obaw. 

Czyżby zaczęli robić z Ciebie wariata?! Takie dziecko z filmów, które na plastyce rysuje czarne potwory…

Tak (śmiech). Każdy rysował jakieś domki i krzaczki, a ja dinozaury zjadające ludzi. 

Masz gdzieś te rysunki? Trzymasz je w gablocie „małego Bembna”?

Aż tak to nie (śmiech), gdzieś tam się walają po moim domu rodzinnym. Wracając jeszcze do tematu, to rysuję odkąd pamiętam, ale wszystko nabrało rozpędu dopiero w szkole plastycznej. Poza tym robiłem to, co reszta osób w moim wieku, czyli rzeczy o których lepiej tu nie mówić :).

A co na te wybryki Twoi bracia? Gnębili Cię? (śmiech)

Nie no, bracia są rewelacyjni – jeden starszy ode mnie o 13, drugi o 15 lat. Zawsze ratowali mi dupę, jak narobiłem sobie kłopotów. Ale w każdej sytuacji mogłem się też ich poradzić. 

Bracia też mają zacięcie artystyczne?

Jeden tak, drugi za nic w świecie – jest inżynierem; obaj łebscy goście. Romek to obecnie mój były „uczeń”, który pracuje na stanowisku obok. Był samoukiem w rysowaniu, ale do dziś pamiętam, jak siedzieliśmy razem przy stole, a on robił mi ćwiczenia i korekty. Potem – jak wiesz – wszystko się zapętliło i to ja go poprawiałem (śmiech). 

Z Sarzyny przeprowadziłeś się do Jarosławia, by uczyć się w tamtejszym plastyku. Jak wspominasz te czasy?

Dokładnie, szkoła z internatem. Do domu wpadałem tylko na weekendy. To, że się tam znalazłem, to tak naprawdę był przypadek. Dyrektorka gimnazjum, a jedocześnie moja wychowawczyni, namawiała mnie, żebym poszedł właśnie do tego plastyka i poważniej pomyślał o rysowaniu. Przyznam, że tylko z grzeczności nie odmawiałem, nie miałem w planach takiego liceum, podsunęła jednak ten pomysł moim rodzicom. Pewnego dnia tata przyszedł i powiedział: Słuchaj, tam są takie konsultacje, chodź pojedziemy, zobaczymy, może ci się spodoba.

Wybraliśmy się do tego liceum i gdy zobaczyłem tylu ludzi, którzy malują, rysują, rzeźbią i robią wszystkie te rzeczy, które ja robiłem zazwyczaj sam w domu, to nie chciałem stamtąd wracać. Od razu wiedziałem, że to jest mój świat! Wylądowałem tam na cztery lata i miałem przez ten czas niezliczoną liczbę przygód. To był wspaniały okres, jednak jakieś 70% pracy wykonywałem poza lekcjami. Mieliśmy multum zajęć plastycznych, które dały mi technikę i warsztat. Poznałem tam niesamowitych ludzi, z którymi do dziś utrzymuję kontakt. W naszej ekipie każdy był lepszy w czymś innym, nawzajem nakręcaliśmy się na tworzenie coraz to nowych rzeczy. W tej paczce był m.in. Bartek Banasik, świetny rzeźbiarz­ – nasza relacja trwa do dziś i wygląda tak samo jak kiedyś.

Po czterech latach życia w cudownym, kolorowym świecie pojawiłeś się w Krakowie mieście, w którym, z tego co wiem, zawsze chciałeś się znaleźć. To właśnie tutaj zaczęło się tatuowanie?

Kiedy odwiedziłem studiujących w Krakowie braci wiedziałem, że nie chcę mieszkać nigdzie indziej. Tatuowanie zaczęło się jednak dużo wcześniej, zawsze bazgrałem ludziom po rękach mazakami. W połowie liceum zamieszkałem w pokoju z Dominikiem Hanusem i to on, oglądając moje rysunki, stwierdził, że nadają się na tatuaże. Sam już wtedy tatuował. Pomyślałem, że jest to dziedzina bliska rysowaniu, więc idealnie byłoby się nią zająć! Na osiemnastkę dostałem chiński, badziewny zestaw do tatuowania – poszedłem za ciosem i zacząłem dziarać jakieś „buraki”. Znalazł się wtedy jeden wariat, mój dobry kumpel, który powiedział, że chce mieć na sobie mój pierwszy tatuaż. Miał być lew z dredami, wyszedł lew-meduza. 

Brałeś za to siano?

Na początku nie, potem tyle żeby starczyło na flaszkę. Klasyczna robota na kanapie (śmiech).

Po tym wspaniałym epizodzie przeniosłeś się na studia do Krakowa i…?

I od początku wiedziałem, że raczej nie skończę tej szkoły. Dostałem się na malarstwo na ASP.  Mieliśmy z mamuśką trochę zaskórniaków, ale jak policzyliśmy, ile kasy wydamy w jednym miesiącu, to okazało się, że zakładaną kwotę powinniśmy pomnożyć razy trzy. Musiałem zacząć szybko kombinować, żeby to wszystko zagrało. Chciałem dostać się do jakiegoś studia i tutaj bardzo ważną rolę odegrał mój brat Roman. Wszyscy z mojego otoczenia mówili mi, że na początku powinienem udać się do jakiegoś mniej popularnego miejsca, żeby nabrać doświadczenia.

Roman odwiódł mnie od tej drogi – powiedział po prostu: próbuj, a co Ci, ku**a, szkodzi?! Wysłałem swoje portfolio do Kultu, bo znajomy podrzucił mi info, że kogoś szukają. Była tam bardzo dobra ekipa. Wkrótce dostałem maila z zaproszeniem na rozmowę. Zajarałem się jak dzieciak i po dwóch miesiącach pobytu w Krakowie okazało się, że udało mi się załapać do jednego z najlepszych miejsc w Polsce!

Piotr Bemben tatuował w Gdańsku ale nie tylko on. Zobacz więcej ciekawych materiałów z naszego studia tatuażu Gdańsk.

Brzmi to co najmniej dobrze jak scenariusz mini serialu, w którym główną rolę gra Michał Żebrowski: zagubiony, romantyczny malarz wyrywa się z prowincji do wielkiego miasta (śmiech). Miałeś wtedy jakiegoś mistrza? Ktoś się Tobą zajął? 

Nie. Po prostu dostałem maszynkę. Nie od razu miałem swoje stanowisko, mogłem tatuować tylko tam, gdzie akurat nie pracował ktoś inny. Robiłem napisy i znaki nieskończoności – cieszyłem się jak dziecko, gdy mogłem wytatuować cokolwiek. To było spełnienie marzeń. Pojawił się jednak problem i stanąłem przed bardzo trudną decyzją. Musiałem zdecydować, czy zająć się tylko pracą, czy – tak jak wszyscy doradzali – najpierw skończyć studia. Tak naprawdę dopiero zaczynałem uczyć się tatuowania, okazało się, że cały ten wcześniejszy okres był do bani.

Dosłownie w miesiąc nadrobiłem w Kulcie stracony czas! Po zajęciach zawsze szedłem do studia i siedziałem tam do późnego wieczora, przychodziłem też w weekendy. Widząc progres wiedziałem, że jeśli chcę być dobrym tatuatorem, muszę działać w tym kierunku jeszcze więcej. Dodatkowo okazało się, że mniej więcej w tym samym czasie ze studia planuje odejść kilka osób, które miały tam bardzo wysoką pozycję. Pomyślałem, że teraz kolej na mnie i muszę reprezentować jak najwyższy poziom, aby zająć ich miejsce. Pracowałem dosłownie jak wół. Warto wspomnieć, że wszystkie decyzje, m.in. tę dotyczącą studiów, podejmowałem wbrew temu, co doradzała większość.

Zrezygnowałeś z ASP i doszedłeś do momentu, w którym przestałeś tatuować znaki nieskończoności i inne takie…

Tak, pamiętam to jak dziś, włącznie z miejscem, w którym stałem. Wszedł gość i powiedział, że chce tatuaż od Piotra Bembna. To było świetne uczucie! Wcześniej klienci byli do mnie kierowani przez recepcję i nawet nie wiedzieli, kto ich dziarał. A on przyszedł z nastawieniem, że chce tatuaż właśnie ode mnie. 

Krok po kroku zdobywałeś własnych klientów. Ile zajęło Ci dojście do momentu, kiedy zacząłeś mieć dość odległy booking?

To działo się stopniowo, długo na to pracowałem, nie wiem, ile dokładnie. Najważniejsze było dla mnie to, by tatuowaniem dogonić zdolności rysunkowe. Cały czas chciałem pracować więcej i więcej. Zawsze starałem się robić coś swojego – nagle z tygodnia zapisów zrobił się miesiąc, potem trzy, aż pewnego dnia okazało się, że mam klientów na rok do przodu. Świetny był moment, kiedy Romek powiedział mi, że byłby w stanie rozpoznać mój tatuaż na ulicy. Wszystko szło jednak małymi kroczkami, uczyłem się techniki łyżeczka po łyżeczce.

Znów pojawia się starszy brat, który prowadził i motywował. Czekałem, aby zadać Ci to pytanie: jak to się stało, że w końcu Ty zacząłeś uczyć go fachu?

Cóż mogę powiedzieć… Namówiłem drania! Cały czas uważał, że dla niego jest już za późno, że powinien zostać przy grafice. Miał jednak świetną stylówkę, widziałem, jak jara się tatuażami i jak bardzo jego prace pasują do tego świata. 

Uważasz, że Roman jest lepszy niż Ty?

No co ty?! W życiu (śmiech). 

Dobra, namówiłeś Romana, pomimo że sam nie był przekonany…

Tak. Często razem oglądaliśmy prace różnych tatuatorów, komentowaliśmy, rozmawialiśmy o tym, co ja mógłbym robić. Namawiałem i namawiałem, ale Roman walczył ze sobą, bał się zaryzykować i porzucić to, czym się zajmował. Pewnego dnia dowiedziałem się, że u nas w studiu pojawi się „system apprentice” (przyjmowanie uczniów pod skrzydła – przyp. red.) i powiedziałem mu: Stary, lepszej okazji już nie będzie, będziesz to robił pod moim okiem, w profesjonalnym studiu, a nie gdzieś w piwnicy! Zaryzykował. 

Bawiło Cię, że został Twoim uczniem? Zemściłeś się za wcześniejsze upominania i korekty? 

Przyznam, że czasem byłem surowy, ale było to potrzebne, progres był duży (śmiech). Poza tym Roman jest pokorny, inteligentny, pracowity, ma dobry warsztat…

…jest też przystojny (śmiech).

Tak! (śmiech)! Jego kaloryfer jest znany w całym mieście. 

Pracujecie w studiu w Jubilacie, wcześniej tatuowałeś natomiast w studiu-matce na Szpitalnej. Musiałeś znów podjąć decyzję?

Tu już poszło bardzo sprawnie. Kto chciał, mógł zostać, a kto miał ochotę, mógł przenieść się do nowego lokalu. Dosłownie samoistnie podzieliliśmy się z ekipą po równo. Jestem otwarty na zmiany, uważam, że wyjście ze strefy komfortu jest bardzo potrzebne, pozytywnie wpływa na człowieka i pomaga w rozwoju. Średnio zmieniamy pracę co pięć lat. Ja nie chcę zmieniać jej nigdy, chwytam się więc każdego możliwego urozmaicenia.

Przyznam, „firma” jest duża. W samym Jubilacie pracuje 12 osób. W takich warunkach musi być ciekawie! 

Dokładnie, atmosfera jest dobra. Co tu dużo mówić – środowisko artystyczne napędza do pracy. Pojawia się zdrowa rywalizacja, widzisz, że ludzie dookoła robią dobre tatuaże, więc ty też cały czas chcesz się rozwijać. Możliwość pracy z tatuatorami, w zasadzie z całego globu, działa bardzo mobilizująco. Kiedyś patrzyłem na tych ludzi jak na idoli, teraz pracuję obok podczas konwencji i zbijamy piątki.

Moja koleżanka, która maluje obrazy i tworzy grafiki, odcięła się od Internetu czyli oglądania tego, co robią inni by nikim się nie inspirować i malować tylko to, co siedzi w jej głowie. W dzisiejszych czasach sporo mówi się o tym, że wszystko zostało już zrobione i trudno wypracować swój własny, niepowtarzalny styl. A jak jest z Tobą inspirujesz się dokonaniami innych?

W pewien sposób zrozumiałe jest, że jeśli ktoś zaczyna poznawać jakąś dziedzinę, inspiruje się jej przedstawicielami. Jeśli uczysz się np. malarstwa na Akademii, często wykonujesz kopie obrazów, by zrozumieć mistrza, żeby czegoś się nauczyć. Naturalne jest też to, że na kolejnym etapie rozwoju pojawia się indywidualizm.

Popatrz np. na streetartowców, choćby na Banksy’ego. Wiele osób myśli, że to on był tym pierwszym, a jeśli ktoś ogarnia temat, wie, że wzorował się na Blek le Ratcie, którego upersonifikowane szczury istniały już wcześniej. Należy oczywiście pracować nad stylem i być szczerym w tym, co się robi. Wystarczy trochę chęci. Jeśli ktoś jest leniem, to kopiuje jeden do jednego. Nie uważam, że nie można się czymś zainspirować, w tym wypadku np. fajnym tatuażem, ale trzeba to zrobić po swojemu. 

Nie ukrywam, że wcześniejszym pytaniem chciałem nakierować Cię na twórczość Róberta Borbása. Gdzieś słyszałem, że robisz bardzo podobne prace, a sam wiem, że podoba Ci się to, co tworzy.

Bardzo mi się podoba. Lubimy z Róbertem podobne klimaty i obydwaj kochamy bawić się cienkopisem. Już dawno temu jarałem się jego pracami i nie mogłem pojąć, jak on to robi! Myśl, że jednak da się wydziarać takie rzeczy, dodawała mi skrzydeł. Później spotkałem go na swoim pierwszym Tattoofeście. Pracowałem wtedy w punkcie info, bo moje tatuaże były jeszcze za słabe, bym mógł je tam pokazać. Patrzę, idzie Róbert i przynosi mi swój wzór, prosząc o powiększenie i wydrukowanie. To było jak scena z filmu, wszystko dookoła zniknęło, był tylko on – gość, w którego prace wpatrywałem się kiedyś z niedowierzaniem!

Dobrze, że się nie zakochałeś (śmiech).

Byłem już chyba krok od tego (śmiech). Na guest spocie w Kulcie Róbert pracował na moim stanowisku i to też była dla mnie wyjątkowa sprawa. Podobnie jak dostanie oryginału jego pracy, który skombinowała mi na urodziny moja kobietka.

W Twojej twórczości sporo jest fauny i flory – oglądasz filmy, w których lektorem jest Krystyna Czubówna?

Może niekoniecznie filmy z Krystyną (śmiech), ale mam sporo książek i albumów, które dostarczyły mi jakichś inspiracji – od Alfonsa Muchy, przez atlasy zwierząt, po Beksińskiego. Wracając jeszcze na chwilę do kopiowania – kiedyś rzeźbiarz Konstanty Laszczka powiedział, że ten kto kopiuje, jest jak dziecko obcujące ze starszymi, powtarza zasłyszane wyrazy zupełnie nie rozumiejąc ich znaczenia. Zgadzam się z tym w stu procentach.

Na tegorocznej konwencji w Amsterdamie udało Ci się odnieść spory sukces – Twoja praca zajęła II miejsce w mocno obstawionej kategorii. Jak się z tym czułeś?

To wyróżnienie bardzo mnie ucieszyło. Miasto jest wspaniałe, ludzie wyluzowani, rewelacyjny klimat. Nie byłem jeszcze w wielu miejscach, ale zależy mi na każdym wyjeździe. Chcę wszędzie zaznaczać swoją obecność, czy to w Polsce, czy za granicą. Nasz szef Radek zawsze dużo mówił o konwencjach i tym, że są to ważne wydarzenia. To tam spotykają się wszyscy najlepsi twórcy i dlatego chcę brać w nich udział.

Jedna czy dwie wygrane nic nie zmienią, ale obecność na tych imprezach jest bardzo ważna. Wiadomo, wygrana łechcze ego, ale nie o to chodzi. Najlepsze jest to, że możesz zawrzeć nowe znajomości i zobaczyć, jak pracują inni. Na konwencjach nie tatuuje się wygodnie, wiadomo, że lepiej robić to w studiu, z dala od tego całego hałasu, ale nie wyobrażam sobie, że mnie to omija.

Jest jedna rzecz, która na pewno motywuje Cię do podróży. Wiele osób wie, że można przekupić Cię jedzeniem, a cóż jest lepszego niż kuchnie świata!

No tak, wiadomo, jedzenie jest jedną z trzech najlepszych rzeczy na świecie (śmiech)! Moi klienci o tym wiedzą, bo ciągle przynoszą mi jakieś placki od babci i inne pyszności; dokarmiają mnie. O karierze kulinarnej nie myślałem, ale nie ma co ukrywać, chciałbym spróbować w zasadzie wszystkiego. Ja po prostu uwielbiam jeść! 

Masz jakieś plany na przyszłość niezwiązane z jedzeniem i podróżowaniem? Myślałeś np. o tym, by zacząć tatuować w kolorze?

Wiesz, byłem na malarstwie, zająłem II miejsce na ogólnopolskim plenerze malarskim, więc generalnie w kolorze czuję się dobrze. Taka zmiana powinna przyjść naturalnie, nie mogę się do tego zmusić, ale planuję kilka eksperymentów, więc kto wie? Póki co króluje czerń. Poprzeczkę stawiam sobie wysoko. Czasami robię dwa kroki do przodu, żeby za chwilę zrobić dwa wstecz. Cały czas widzę rzeczy, które muszę dopracować, patrzę na siebie bardzo krytycznie. To jest takie nieustannie kręcące się koło. Mam nadzieję, że nigdy się nie zatrzyma.

Często zgłaszają się do Ciebie ludzie, którzy wybierają Cię dlatego, że zaczynasz być „znanym tatuatorem”, a wysyłają Ci projekty odbiegające od Twojego stylu?

Jest tych sytuacji coraz mniej, ale wciąż jeszcze się zdarzają. Nie można jednak winić za to klienta, nie powinniśmy od nich wymagać czegoś, co można by nazwać świadomością artystyczną. Ludzie czasem nie do końca to rozumieją. Kiedy idziesz do banku, jego pracownik nie żąda od Ciebie, żebyś znał wszystkie produkty, kwestie prawne i lokaty, jakie mają Ci do zaoferowania. Każdy jest specjalistą w innej dziedzinie. Ważne żeby umieć wytłumaczyć to wszystko tej drugiej osobie. Jest gorsza rzecz – ludzi, którzy chcą się u mnie tatuować, jest coraz więcej, a jak wiadomo doba ma 24 godziny, a rok określoną liczbę dni. Często przez brak miejsca w grafiku muszę odmówić wykonania komuś czegoś naprawdę fajnego. Niektórzy dosłownie się obrażają.

Przyznam, krążył taki żart na mieście, który mówił, że dostać się na termin do Piotra Bembna to jak do lekarza na NFZ.

(śmiech) Tak, nawet raz zdarzyło się, że klient przyszedł rok za wcześnie. Zgadzał się dzień, miesiąc, ale nie ten rok… Przykładowo na jeden rękaw potrzebuję jakichś sześciu sesji, więc jest to praktycznie jeden tydzień. Kalendarz szybko się zapełnia i zaczyna brakować miejsc. Niestety nie jestem w stanie upchnąć wszystkich, a uwielbiam duże kompozycje i chcę robić ich jak najwięcej. W Polsce łatwo znaleźć klientów chętnych na naprawdę spore projekty. Gdy trafiam na ludzi  chcących robić u mnie takie rzeczy, staram się zatrzymać ich za wszelką cenę.

Masz czas na jakieś poboczne projekty?

Współpracuję z markami odzieżowymi, m.in. z Brixtonem i TFBclothing. Lubię projektować wzory, które zostaną wykorzystane w inny sposób. Na horyzoncie cały czas pojawiają się różne propozycje, jestem na nie otwarty, ale nie mam kiedy się im poświęcić.

Masz w tym wszystkim czas dla siebie? 

Przyznam szczerze, że jest go niewiele. Często ludzie, którzy spędzają z nami czas w studiu, myślą, że nasza praca to sielanka i nieustanny chillout, a dookoła pełno rozrywek. Są zdziwieni, że nie dostaną projektu wcześniej, tylko dopiero w dniu sesji, ale naprawdę nie da się zrobić tego inaczej. Niektórych to stresuje, ale jeśli ktoś nie jest zadowolony z pierwszej wersji projektu, co i tak bardzo rzadko się zdarza, to sesja zawiera w sobie czas na tego typu sytuację.

Były takie dni, że już naprawdę miałeś dość? Jakieś kryzysy?

Na początku, gdy tatuowałem w domu, często wiedziałem, że to co zrobiłem jest kiepskie. Podobało się ludziom, których tatuowałem, ale mi nie do końca. Chciałem nawet zrezygnować i zostać przy grafice. Dałem sobie jednak pół roku, pojawił się progres i brnąłem w to dalej. Zdarza się, że przekraczam moment, w którym powinienem odpocząć i zrobić sobie kilka dni wolnego –  pospać dłużej, wziąć do ręki książkę, porobić inne rzeczy. Wtedy okazuje się, że do weekendu jest jeszcze sporo czasu, a do urlopu daleko.

Walczę ze sobą i staram się zrelaksować w każdej wolnej chwili, np. jadąc taksówką czy wracając spacerem do domu. Kiedyś ktoś powiedział, że odpoczynek jest tak samo ważny jak praca, i tego się trzymam. Łatwo jednak o tym zapomnieć, gdy pasja staje się pracą.

Instagram: @piotrbemben_tattoo

Piotr Bemben tatuował w Gdańsku i mamy nadzieję, że powróci do nas jeszcze nie raz.

 

0
Karolina Skulska Miki Hoodlover to specyficzna para z krakowskiego Kult Tattoo Fest. Sztorm, studio tatuażu w Gdańsku będą odwiedzali częściej. Dlaczego?Marcin Doktor znaczy piercing. Marcin Doktor jeden z czołowych, polskich piercerów na gościnnych występach w Sztorm Tattoo Studio