HISTORIA JEDNEGO TATUAŻU – JAMES Artink

Avatar

HISTORIA JEDNEGO TATUAŻU – JAMES Artink.

Historia jednego tatuażu – JAMES Artink zrobił piekny tatuaż Łódź Tattoo Days. Postanowiliśmy uwiecznić to na “kliszy filmowej”. Zobaczcie tą fajną historię.

Tak powstawała jesienna panienka podczas Łódź Tattoo Days w :

Poniżej, jako bonus, przeczytajcie wywiad z James Artink jaki można było przeczytać w magazynie Tattoofest.

JAMES ARTINK

Zatracony w tatuażu

Rozmawiałem na konwencji w Krakowie z Daveem Blowsem, starym już wyjadaczem branży tatuatorskiej. Wspominaliśmy czasy, kiedy wszystko poświęcaliśmy swojej pasji –pracy. Puenta była taka, że teraz nie ma już takich młodych ludzi. 

James jest Polakiem, a pseudonim ciągnie się za nim jeszcze od gimnazjum, kiedy jeden z nauczycieli uznał jego zniekształcony aparatem na zęby akcent za mocno szkocki – tak powstał James. No więc wracając do puenty, są ludzie absolutnie nastawieni na sukces poprzez ciężką pracę, ceniący sobie swój talent i chcący go wykorzystać w życiu do cna. Posłuchajcie sami. 

*Radek

Zacznijmy od tego, że siedzimy w studio i możemy swobodnie porozmawiać tylko dlatego, że nagle odwołał Ci się klient. Często w wywiadach z tatuatorami pojawia się ten temat.

Najgorsze jest to, że czasami trzeba posiedzieć parę godzin (2 a nawet 5) nad projektem. To oczywiście zależy od tego, jak każdy tatuator pracuje. W moim przypadku wygląda to tak, że projekt przygotowuję sobie dzień wcześniej, wieczór wcześniej, więc schodzi mi masa czasu chociażby na wyszukiwanie referencji, nie mówiąc o samym projekcie. Jeżeli klient przypomina sobie w ostatniej chwili, że nie przyjdzie (klient poinformował Jamesa o swojej nieobecności około godz. 24:00 – przyp. red.), to jest nieco irytujące. Według mnie to brak odpowiedzialności lub świadomości ile potrzeba czasu na przygotowanie projektu, i myślę, że każdy tatuator to potwierdzi.

Co z drugiej strony jest magią przyjemności w ustalaniu projektu z klientem?

Najlepsi klienci to ci otwarci na wizję, ci którzy przychodzą stricte do danego tatuatora po jego pomysł, a nie ci z gotowym projektem z internetu. Fajnie jak jest zainspirowany jedną z moich prac, którą gdzieś, kiedyś wykonałem. Wtedy dla mnie jest najwygodniej. 

Cofnijmy się do początków. Zaczynałeś we wrocławskim Rock’n’Rollu?

Miałem wcześniej epizod z jednym studiem około 2011 roku, gdzie nabywałem pierwsze szlify. Było to Body Extreme. Rock’n’Roll był moim drugim studiem. Trafiłem tam trzy lata temu, kiedy pracowali między innymi Pancho, Mikalai Losik, Al Minz, Dero Melancia, czyli tzw. ArbuzTattoo, Luke Skydrawer. Dla mnie generalnie to był bardzo duży szok. Przede wszystkim dlatego, że chcieli zatrudnić mnie – pracującego na takim poziomie, jaki wtedy reprezentowałem. Nie ukrywam, że to nie były prace najwyższych lotów, więc musiałem w krótkim czasie podnieść jakość wykonywanych tatuaży. Miałem wielki stres przez pierwszy rok, półtora pracy w tym studio.

Stres stresem, ale atmosfera pomagała czy przeszkadzała?

Nie, właśnie wszyscy starali mi się przekazać jak najwięcej wiedzy, którą posiadali, w jakiś luźny sposób. Jestem taką osobą, która bardzo się stresuje najmniejszymi rzeczami, więc jeżeli któryś z tzw. sztosiarzy siedział mi na plecach, to było to dość stresujące, bo wiedziałem, że dużo rzeczy nie robię tak jak trzeba.

Czekaj, czekaj. Poznałem Cię dwa lata temu w Mediolanie. Zdobyłeś tam nagrodę. Czyli po dwóch latach pracy w studiach tatuażu jedziesz na jedną z najważniejszych konwencji tatuażu na świecie i przywozisz stamtąd statuetkę?

Nie wiem jak mam się do tego odnieść tak naprawdę… Emocje były wtedy bardzo duże, bo ja nie wierzyłem, że dostałem tę nagrodę. Ówczesna menadżerka zapisała mojego klienta do konkursów. Gdy powiedziała, że będzie dogrywka z trzech prac, w tym jednej mojej, to uważałem, że robią sobie ze mnie jakieś żarty, że to jest niemożliwe. Pewnie dużą rolę odegrało wtedy to, że pojechałem tam zrobić dobry tatuaż a nie po nagrodę i myślę, że to w dużym stopniu przyczyniło się do jakości wykonanej pracy. Ja osobiście nie dałbym sobie nagrody i uważam, że wielu tatuatorów ma podobne zdanie na temat tego, co robią. Miałem tego dnia dużo szczęścia. 

Mam jednak wrażenie, że nie zmotywowało Cię to jednak do jeżdżenia na inne konwencje?

Jeżdżę na niewiele konwencji. Nie wiem dlaczego tak jest. Jestem typem domatora i lubię sobie siedzieć w domu z dziewczyną czy z rodziną i każdy wyjazd do odleglejszego kraju stresuje mnie. Nie do końca lubię tego rodzaju rzeczy, aczkolwiek myślę, że w ciągu kilku najbliższych miesięcy to się zmieni. Mam plan, żeby bardziej rozwinąć skrzydła, bo ostatnio trochę się zastałem. Konwencje, guest spoty, projektowanie – chciałbym się dalej rozwijać pod każdym kątem. Według mnie każdy zalicza największy progres, stylistycznie czy technicznie, jeżdżąc i spotykając się z innymi tatuatorami.

Czyli wiesz, nad czym chciałbyś popracować w pierwszej kolejności?

Tak, nad projektowaniem. Staram się rozwijać pod tym kątem w jakimś konkretnym kierunku, cały czas szukam swojej drogi, ale myślę, że to wciąż nie jest to, co mogłoby być. 

Wyglądasz na osobę ambitną. Jak sam się postrzegasz? Podobno dzisiejsze pokolenie dwudziestokilkulatków jest pokoleniem leni. Szczególnie to widać po zaczynających tatuować małolatach, którzy robią to, byleby mieć na wieczór na jaranko czy piwko.

Jestem przede wszystkim osobą, która jest zdolna do poświęceń wszelakiego typu. Myślę, że jeżeli sława czy kariera wymagałyby tego, by poświęcić nawet życie rodzinne, to byłbym w stanie to zrobić. Póki co tatuowanie jest dla mnie głównym celem życia i tak naprawdę wszystko kręci się wokół tego. Czy przychodzę do domu zmęczony, czy mam wolny dzień, zawsze staram się chłonąć wiedzę – z filmów o innych tatuatorach, zdjęć, gazet – i dociekać, jak mogę jeszcze doskonalić swoją technikę w tym właśnie momencie.

Podsumowując, są rzeczy ważne i ważniejsze. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Wróćmy do samych tatuaży i klientów. Jesteś na etapie zapytań o autorskie projekty czy wciąż przypadkowe tatuaże?

Większość klientów to ci, którzy wykonali już u mnie tatuaż. A pozostali to ci znający moje prace z Facebooka czy Instagrama. Oni mniej więcej wiedzą, czego można się po mnie spodziewać. Próbuję się przełamywać do większych kompozycji. Wciąż pracuję nad zadawalającym mnie połączeniem mniejszych tatuaży w jedną formę wielkopowierzchniową. 

Mniej więcej rok temu pojawiłeś się w Trójmieście. Tworzysz obecnie w Sztormie. Co myślisz o tej zmianie?

Myślę, że to będzie dla mnie bardzo ważna zmiana i wyczuwam progres w swoich umiejętnościach. Zależało mi na tym, aby pracować z większą grupą osób preferujących różnorodną stylistykę, żeby podłapać coś od nich. Potrzebowałem zmiany, a zawsze lubiłem morze. Staram się co kilka dni znaleźć się na plaży. 

Inspirujesz się jeszcze jakimiś tatuatorami?

Czasami, gdy przeglądam Facebook czy Instagram, inspiruję się jakimiś tatuatorami. W szczególności naszymi polskimi artystami, takimi jak: Gorsky, Goraj, Tofi, Levgen Knysh, U-Gene, Pancho. To są tatuatorzy, którzy pod względem technicznym wciąż mnie inspirują.

To co w takim razie dalej?

Być jednym z najlepszych.

A inne pasje?

Lubię szybką jazdę. Może niekoniecznie chciałbym mieć jakiś taki kosmiczny samochód, ale szybszy? Nie obraziłbym się. Wiele samochodów zaliczyłem, ale szczerze, chciałbym jakimś takim starym muscle carem z siedemdziesiątego roku się przejechać, jakimś Mustangiem. To byłoby niesamowite doznanie w porównaniu do współczesnych aut.

Dziękuję. Powodzenia w takim razie w doskonaleniu i spełnianiu marzeń!

HISTORIA JEDNEGO TATUAŻU – JAMES Artink

Mając okazję, złapałem jeszcze na chwilkę Patrycję, narzeczoną Jamesa, by ją o niego podpytać.

Poznaliście się w studio tatuażu?

Tak, dokładnie. Poznaliśmy się w pierwszym studio tatuażu, w którym pracował. Miałam ochotę zrobić sobie pierwszy tatuaż. Moja najlepsza przyjaciółka widziała prace Jamesa na swojej koleżance i powiedziała: „Słuchaj, chcesz sobie zrobić tatuaż? Moja koleżanka była u takiego Jamesa”. Poprosiłam ją, czy może załatwić na niego namiary. Potem napisałam do studia. Tak się złożyło, że to on był akurat przy komputerze – od razu odpisał i umówiliśmy się na tatuowanie. 

Jak teraz, z perspektywy czasu, żyje się z tatuatorem-pasjonatą?

Od samego początku naszego związku zaznaczał, że tatuowanie jest dla niego najważniejsze. Jedyne, czego musiałam się nauczyć, to zaakceptowanie tego. Niekiedy jest ciężko. Cały dzień zajmuje mu zrobienie dużego tatuażu, przychodzimy do domu i siada do projektu. Nie zawsze ma dla mnie tyle czasu, ile bym od niego oczekiwała, ale mamy już wypracowany taki system kompromisu i nauczyliśmy się według niego żyć. 

Pracujecie poza tym wciąż razem w jednym studio. Nie za dużo jednak tego Jamesa?

Generalnie jest tak, że niby pracujemy razem, ale tak naprawdę praktycznie w ciągu dnia nie mamy ze sobą kontaktu. Jeżeli chodzi o spędzanie ze sobą czasu po pracy, to jesteśmy dla siebie najlepszymi przyjaciółmi, zawsze możemy na siebie liczyć, o wszystkim sobie mówić. Mamy też czas na to, żeby spędzać chwile bez siebie, a jedynie ze swoimi znajomymi. Czasami się rozstajemy, kiedy James wyjeżdża na guest spoty czy konwencje, więc tego wspólnego czasu wcale nie jest za dużo.

Zobacz więcej z życia Sztorm Tattoo Studio TUTAJ